"Gdyż tam, gdzie dwaj lub trzej zbierają się w moje imię, jestem pośród nich".
 
Mt 18, 20  

Jezu Ufam Tobie



Wydarzenia  


11 sierpnia (sobota) o godz. 9.00 w Sandomierzu w kościele św. Jakuba, który jest podwójnym sanktuarium – Matki Bożej Różańcowej i Bł. Sadoka i 48 Sandomierskich Męczenników Dominikańskich przy ulicy Staromiejskiej 3 - Msza św. za członków internetowej grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których się oni modlą. Po Mszy św. - Koronka do Miłosierdzia Bożego. Będzie można również słuchać audio transmisję tej Mszy św. na żywo. Zapraszamy!
14 lipca (sobota) o godz. 9.00 w Sandomierzu w kościele św. Jakuba, który jest podwójnym sanktuarium – Matki Bożej Różańcowej i Bł. Sadoka i 48 Sandomierskich Męczenników Dominikańskich przy ulicy Staromiejskiej 3 - Msza św. za członków internetowej grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których się oni modlą. Po Mszy św. - Koronka do Miłosierdzia Bożego. Będzie można również słuchać audio transmisję tej Mszy św. na żywo. Zapraszamy!
Archiwum wydarzeń: transmisje
 


Intencje mszalne  




Kliknij by przejść do strony z wyborem banerów

Chcesz zalinkować stronę ModlitwaRazem.pl?
Użyj banera!






Jacek Salij OP

Dotknięcie przez kochającego Boga


Najpierw się krótko przedstawię: lat około 40, inżynier, mężatka, troje dzieci. Przez długi, długi czas niewierząca, lub, jak się to eufemistycznie nazywa, „wierząca niepraktykująca”. Wracałam do Boga powoli, małymi krokami. Ostatnie osiem-dziewięć lat mojego życia to okres intensywnych poszukiwań, regularnego uczęszczania do kościoła, jednak nie wsparte to było modlitwą i przystępowaniem do sakramentów (przystępowałam zwyczajowo, dwa razy w roku, na Wielkanoc i Boże Narodzenie, i wtedy było trochę modlitwy „akcyjnej”, przez tydzień po przystąpieniu do Eucharystii).

Niedawno wybraliśmy się z mężem na Kretę. Kiedy zwiedzaliśmy jakieś starożytne miasto, oddaliłam się od grupy. W upale szłam powoli wzdłuż płotu, słuchając ptaków, wdychając zapach roślin i rozgrzanej ziemi. Myślałam sobie, że od czasów Rzymian i biskupa Tytusa ta ziemia niewiele się zmieniła, a Ziemia Święta, gdy wędrował po niej Jezus, była pewnie podobna: ten sam upał, zapach roślin i śpiew ptaków.

I w tej chwili poczułam obecność Boga taką namacalną i pewną jak słońce na niebie. ON był we mnie, był mną bardziej niż ja sama, był bliski, bliższy niż jakikolwiek człowiek, niż nawet ja sama dla siebie. I był niewyobrażalną miłością i miłosierdziem. Wcale nie myślałam o swoich grzechach, bo one były po prostu nieważne wobec tej miłości.

Przeżyłam już uniesienia miłości między dwojgiem ludzi, przeżyłam szczęście macierzyństwa, ale to było znacznie, znacznie większe i piękniejsze i bardziej jakby oczywiste niż tamte uczucia. Nie potrafię tej bliskości i obecności Boga porównać z niczym. Pomyślałam sobie wtedy tylko: „Aha, więc to tak wygląda...”, bo wiedziałam, że to jest meta, kres i właściwe miejsce człowieka. No cóż, opis chaotyczny, nieadekwatny do mego przeżycia, ale słowa tu zawodne.

Powoli zbliżyłam się do grupy. Myślałam: „Boże, jeżeli aż tak bardzo jesteś we mnie, to tak samo mocno jesteś obecny w każdym z tych ludzi”. I aż do gardła podeszło mi uczucie tkliwości i miłości do tych ludzi. Podeszłam z pytaniami: może zrobię zdjęcie, a pani pożyczę czapkę od słońca, może przetłumaczyć coś na angielski lub pożyczyć kamerę... Po prostu słałabym się im pod nogi, gdyby zechcieli.

Jaki jest mój problem, z którym zwracam się do Ojca? Otóż czuję się niejako wybrana. Jasne dla mnie jest, że na pewno nie za jakieś swoje zasługi. Myślę, że nakłada to na mnie jakiś obowiązek, odpowiedzialność. Jak jednak rozpoznać wolę Bożą? Co zrobić z tym darem, żeby go nie zmarnować?

Życie moje zmieniło się o tyle, że tęsknię za obecnością Pana. Najchętniej poświęcam czas modlitwie, chodzę dwa, trzy razy w tygodniu na mszę, bo chcę Go znowu spotkać. Ale czy to jest wszystko, czego ON ode mnie oczekuje? Mam wrażenie pewnego chaosu. Poświęcić się tylko modlitwie nie mogę, bo jestem matką trojga sprawiających kłopoty dzieci.

Przecież ten wielki dar dostałam po coś. Jeszcze raz pytam: jak poznać wolę Pana? I drugie pytanie: Jak wrócić do tej chwili, najpiękniejszej dla człowieka? Tak bardzo za tym tęsknię. Myśl o śmierci, której tak się bałam, jest mi teraz niestraszna, bo tam czekają otwarte ramiona i miłość.

Ufam, iż nie zmrozi Pani to, że zacznę od przedstawienia kryteriów, po których poznaje się autentyczność opisanych przez Panią doświadczeń duchowych. Nie wszystkie bowiem duchowe przeżycia są autentycznie duchowe, nieraz nawet mogą być sprawką tego naszego nieprzyjaciela, który potrafi udawać anioła światłości (por. 2 Kor 11,14). Osobiście nie mam wątpliwości, że to, o czym Pani pisze, było rzeczywiście wspaniałym darem Bożym. I spróbuję pokazać, na jakiej podstawie tak sądzę.

Przedstawia Pani swoje przeżycie jako nie dające się opisać uniesienie miłości do Boga. Otóż istotnym znakiem jego autentyczności było to, że dominowało w nim doświadczenie miłości właśnie, a nie przyjemności, choć przyjemność i radość też odczuwała Pani ogromnie. I co ważniejsze: doświadczenie miłości Boga spontanicznie wzmocniło w Pani miłość do bliźnich.

Bardziej intensywne i nie mające cech ucieczki od zwyczajnych obowiązków życie religijne, jakie Pani podjęła wskutek tego przeżycia, to trzeci znak jego autentyczności. Po czwarte, wie Pani z całą oczywistością, że to był niezasłużony dar Boży i że głupotą byłoby z powodu jego otrzymania wynosić się nad innych ludzi. Po piąte, wie również Pani z całą oczywistością, że tego rodzaju dary stanowią zaproszenie do głębszego włączenia się w Kościół i wolna jest Pani nawet od pokus stawiania siebie ponad Kościołem. Szóstym wreszcie znakiem autentyczności tego rodzaju doświadczeń jest wynikający z nich pokój, a mówiąc dokładniej, „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” (Ga 5,22).

Jeszcze na jedno pragnę zwrócić uwagę, zanim podejmę Pani pytanie. Mianowicie niech Pani nie próbuje osiągnąć powtórki tamtego doświadczenia intensywnej obecności Tego, który jest samą Miłością. Naszego oddania Bogu nie mierzy się intensywnością naszych przeżyć. Jeśli takie przeżycia się pojawiają, dziękujmy za nie Bogu. Ale jeśli ich nie ma, cieszmy się, że możemy Go prawdziwie kochać, nawet jeśli nie odczuwamy z tego powodu specjalnej satysfakcji. Tego rodzaju doświadczenie jest darem Bożym, ale kiedy ono znika, też jest to dar Boży, bo łatwiej nam wtedy wyzwalać się z egocentryzmu w naszej relacji do Boga.

Pyta Pani, jak rozpoznać, czego Bóg od Pani oczekuje. Bez żadnej zasługi wie Pani to, z czego nie zdaje sobie sprawy wielu ludzi, skądinąd wierzących w Chrystusa i modlących się: że wola Boża w stosunku do nas jest pełna dobroci i miłości, że Bogu bardziej zależy na moim dobru, niż nawet mnie samej. Dlatego pragnienie pełnienia woli Bożej jest dla Pani czymś oczywistym. Lęka się Pani tylko tego, żeby się z wolą Bożą bezwiednie nie rozminąć.

W poszukiwaniu odpowiedzi na swoje pytanie proponuję Pani jako podstawową wytyczną wziąć sobie następujące słowo Pana Jezusa: „To jest wolą Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne” (J 6,40). „Albowiem wolą Bożą jest uświęcenie wasze” - powtarza za Panem Jezusem, tyle że swoimi słowami, Apostoł Paweł.

Wola Boża względem nas jest przeciwieństwem jakiegokolwiek zaprogramowania. Wola Boża to w istocie miłość Boża, która na nas spoczęła i chce nas ogarniać coraz bardziej, która uzdalnia nas do wydawania dobrych owoców i prowadzi do życia wiecznego.

Owszem, w odniesieniu do zła wola Boża jest kategoryczna: zła czynić się nie godzi. Nawet dla ratowania życia nie godzi się czynić zła. Ale nie z innego powodu wola Boża jest tu tak kategoryczna, tylko dlatego, że Bogu na nas zależy, że On nas kocha. Zresztą wówczas, kiedy wypełnienie Jego woli wymaga szczególnego trudu, Bóg też człowieka szczególnie wspomaga.

Natomiast w odniesieniu do dobra wola Boża podobna jest do matki wychowującej swoje dzieci. Przychodzi ona do nas na co dzień w różnych wydarzeniach i sygnałach, pobudza nas do naszej własnej aktywności i do korzystania z naszej wolności. W odniesieniu do dobra jest zazwyczaj mało kategoryczna, dopuszcza różne warianty, wśród których my sami wybieramy. Bóg tylko z tkliwością pobudza nas do tego, żebyśmy nie marnowali swego życia, żebyśmy szli przez życie czyniąc dobro. Tylko czasem człowiek z całą pewnością wie, że Bóg żąda ode mnie tego a tego. Jednak nawet wówczas dzieje się to bez przymusu, ale w miłości, z wielkim szacunkiem dla mojej wolności.

Najważniejsze, żebyśmy wolę Bożą starali się ukochać - zarówno wówczas kiedy przychodzi do nas jasno sprecyzowana, jak wówczas, kiedy pobudza nas do naszej własnej aktywności ku dobremu. Starajmy się uwierzyć całym sercem w Jego miłość do nas. Bóg z pewnością „zasługuje” na to, żebyśmy Mu całkowicie uwierzyli.

Wielkie wrażenie zrobiła kiedyś na mnie wyczytana gdzieś uwaga, że ugotowanie jednego obiadu przez Matkę Najświętszą milsze było w oczach Bożych niż męczeństwo świętego Wawrzyńca. Trudno by znaleźć męczennika, który by miał bardziej okrutną śmierć niż święty Wawrzyniec i na pewno była w tym świętym męczenniku wielka miłość Boża, skoro przez swoje tak straszne tortury przeszedł zwycięsko. I nie można mieć wątpliwości co do tego, że jego śmierć była bardzo drogocenna w oczach Bożych. Rzecz jednak w tym, że Matka Najświętsza była wypełniona miłością nieporównanie wspanialszą.

Autor tego paradoksalnego twierdzenia chciał podkreślić, że ostatecznie w oczach Bożych liczy się miłość i tylko miłość. Oczywiście, błędem byłoby lekceważyć znaczenie dobrych czynów. „Wiara bez uczynków jest martwa” (Jk 2,20). Jednak nasz dobry czyn wtedy dopiero jest czynem wiary, kiedy jest wypełniony miłością. I tym bardziej cenny jest dla Boga, im więcej w nim miłości.

Co do pytania, jakie sobie Pani stawia: W obecnym momencie Pani życia pełnić wolę Bożą to z miłością wywiązywać się ze swoich obowiązków rodzinnych i zawodowych, to ponadto każdego dnia w miłości Bożej starać się zauważać bliźnich, jakich Pan Bóg stawia na Pani drodze. Pełnić wolę Bożą to również Bogu powierzać swoje ewentualne niepowodzenia i rozczarowania, słabości i zniechęcenia. I w miarę możliwości robić to zwyczajnie i z prostotą, bez psychicznego napinania się.

Miłości do Boga człowiek nie potrafi sam w sobie spowodować ani powiększyć, ona jest darem Bożym. Rodzi się zatem pytanie: Czy wolno mi pragnąć kochać Boga więcej niż inni ludzie? Gdyby kiedyś stanęła Pani przed takim problemem, radzę wtedy modlić się mniej więcej tak: „Panie Boże, Ty wiesz, że Cię kocham i że chcę Cię kochać jak najwięcej! Ale tak bardzo bym chciała, żeby inni ludzie, żeby wszyscy ludzie kochali Cię więcej niż ja Cię kocham! Mnie wystarczy, że będę Cię kochała jak najwięcej i coraz więcej, całą sobą!”

PS. Przepisuję z otrzymanego listu otrzymanego od innej osoby jeszcze inne świadectwo dotknięcia przez kochającego Boga:

Zaczęło się to wszystko na krótko przed wyjazdem na pielgrzymkę. Nachodziły mnie tchnienia jakiegoś czaru, magiczne chwile radosnego błogostanu, kiedy nie wiedziałam, co to jest i dlaczego tak się dzieje. Najpierw myślałam, że zaczyna się klimakterium, potem łączyłam te przeżycia z modlitwą, następnie z Łaską Matki Bożej, Jej kochającym pocieszeniem, czymś tak ujmującym, że brakuje słów. Potem pielgrzymka z wielkimi poruszeniami serca, powrót do normy, znowu magia odgrywana na emocjach. Czułam się dosłownie uwiedziona przez jakąś tajemniczą siłę.

W Wielki Piątek po pracy poszłam do katedry, żeby się wyspowiadać, ale kłębiące się przed konfesjonałami tłumy ludzi zupełnie mnie załamały. Zrezygnowana usiadłam przed obrazem Matki Bożej. I znowu naszła mnie fala Dobroci, która spowodowała, że otworzył się we mnie jakiś kanał, ale tak, jak nigdy chyba dotąd. Słowa same przychodziły mi na myśl, układały się bez mojego udziału w piękną modlitwę, jakiej w życiu bym nie wykrzesała z siebie.

Niestety, po przejściu tego stanu nie potrafię powtórzyć ani zapisać wypowiedzianych wcześniej stów. Po prostu nie pamiętam. Jak to możliwe? Zaznaczam, że nigdy nie chodziłam na spotkania odnowy w Duchu Świętym. Teraz z perspektywy widzę, że Matka Boża za pomocą swoich czarów, słodyczy i dobroci prowadziła mnie do swojego SYNA, który wkroczył w Wielkanoc jak wiatr do mojego serca.

Teraz już nie ma mowy o słodkim błogostanie, chociaż to też jeszcze się zdarza. To jest MOC ożywcza i uzdrawiająca. Nagle patrzę na wszystko innym wzrokiem, więcej widzę, uświadamiam sobie różne sprawy, których przedtem nie dostrzegałam lub nie rozumiałam. To mnie zaskakuje, wydaję się sama sobie taka mądra. Pacjentom wstawiam taką gadkę, że zamierają z wrażenia. Jeden powiedział, że jestem rewelacyjna, drugi całował moje ręce, trzeci się popłakał jak bóbr. To istne szaleństwo! Proszę się modlić za mnie, bym wytrzymała napór tej Mocy. (...)

Ostatnie przeżycie było najsilniejsze i poraziło mnie swoją niecodziennością. Skończyłam już przyjęcia, wypełniłam wszystkie możliwe formularze zalecone przez, reformę Służby Zdrowia. Zrobiłam sobie herbatę i postanowiłam się trochę pomodlić, bo ostatnio modlę się jak szalona – ja, która kiedyś nie robiłam tego prawie wcale. Nie jest to jednak jakiś przymus, tylko potrzeba serca. A więc modlę się i nagle ogarnie mnie jakieś roztkliwienie, wzruszenie, które powoduje, ze łzy zaczynają mi spływać po twarzy. W moim przypadku łzy mają duże znaczenie, gdyż sprawiają, że pękają we mnie wszystkie hamulce, blokady i kompleksy. Rozczuliłam się ogromnie, stałam się bezbronna, ze wszystkimi swoimi zranieniami i skrzywieniami, które się obnażyły.

Poczułam się nagle taka samotna i opuszczona, że mogłam zrobić tylko jedno – upaść na kolana i oddać się całkowicie Bogu. Przypomniałam sobie instrukcję z jakiejś książki, że trzeba Bogu powiedzieć TAK. Zrobiłam to nawet trzy razy. Nagle poczułam, że unosi mnie jakaś wielka siła i ogarnia mnie Miłość – tak wspaniała i porywająca, że oddałam się jej całkowicie i bez reszty. To było coś fantastycznego, nie do opisania. Tyle Miłości tylko dla mnie!

Czułam, że jest to Miłość Ojca, a ja jestem Jego córką. W przestrzeni mojej świadomości byliśmy tylko my dwoje: On – Stwórca, i ja – stworzenie. Było mi tak dobrze! W ogniu tej Miłości rozkwitałam, czułam się piękna. Miłość mojego Ojca leczyła moje rany, zabliźniały się one jedna po drugiej. Zatapiałam się w tej Miłości. Przenikaliśmy się nawzajem, nasze duchy się pomieszały – mój, ludzki, i jego. Boski. Najpiękniejsza komunia świata: Bóg mi daje siebie poprzez swoją ogromną miłość, a ja biorę ją, jakby mi się należała.

Powiem więcej: Ten wielki, wspaniały Bóg, Stwórca, który mnie stworzył i pokochał szaleńczo, doprasza się ode mnie miłości wzajemnej. Czy nie jest to rozczulające? Jak można nie kochać takiego Ojca, w dodatku Boga! Upajałam się tym obcowaniem aż do zatracenia, ale zatracenie nie jest tutaj odpowiednim słowem, ponieważ zachowałam swoją integralność – nie roztopiłam się, nic mi nie ubyło, a jednak zjednoczyłam się całkowicie z Bogiem w Miłości!

To wszystko rozgrywało się w przestrzeni duchowej. Moje ciało zostało gdzieś daleko. Straciłam wzrok i słuch, przeniosłam się w zupełnie inny wymiar. W moim ciele czułam tylko trawiący ogień w klatce piersiowej. To Pan Bóg wypalał moje zapyziałe od grzechów wnętrzności, ale nie robił mi żadnych wyrzutów, nie gderał i nie narzekał. To była Miłość absolutna i bezwarunkowa. Zanurzałam się całkowicie w tym oceanie Miłości, jak dziecko w ramionach ojca. Bóg był tak osobowy, że mogłabym Go chyba pociągnąć za brodę, gdyby ją miał. Nie było jednak brody ani ramion – to gwoli ścisłości.

Przeżycie podlegało intensyfikacji, nasilało się coraz bardziej. W pewnej chwili popełniłam błąd. Przestraszyłam się lub zawahałam na ułamek sekundy. Bałam się, że nie wrócę z po-wrotem. Natychmiast kontakt uległ przerwaniu. Poczułam nagłe tąpnięcie emocjonalne i także fizyczne, jakbym z dużą siłą została wciśnięta w fotel (a przecież siedziałam w nim cały czas spokojnie). Skończyło się... Odzyskałam wzrok i słuch, ogień w piersiach rozlał się po całym ciele jako przyjemny żar, a ja siedziałam jak ogłupiała. Nie czułam się jednak odepchnięta. (...) Może Bóg uznał, że już więcej nie wytrzymam i dlatego przerwał to nasze spotkanie?

Po pewnej chwili wróciłam do rzeczywistości. Doprowadziłam się szybko do porządku, gdyż twarz miałam zapłakaną. Uświadomiłam sobie nagle, że drzwi od gabinetu nie były za-mknięte na klucz i gdyby ktoś wszedł i zobaczył mnie w tym stanie... wolę nie myśleć. Pan Bóg postawił na straży anioła z halabardą. Kochany! Pomyślał o wszystkim.