"Gdyż tam, gdzie dwaj lub trzej zbierają się w moje imię, jestem pośród nich".
 
Mt 18, 20  

Jezu Ufam Tobie



Wydarzenia  


8 grudnia (sobota) o godz. 9.00 w Sandomierzu w kościele św. Jakuba, który jest podwójnym sanktuarium – Błog. Sadoka i 48 Sandomierskich Męczenników Dominikańskich oraz Matki Bożej Różańcowej przy ulicy Staromiejskiej 3 - Msza św. za członków internetowej grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których się oni modlą. Po Mszy św. - Koronka do Miłosierdzia Bożego. Będzie można również słuchać audio transmisję tej Mszy św. na żywo. Zapraszamy!
1 grudnia (sobota) o godz. 8.00 w Korbielowie w kościele Ojców Dominikanów pw. Najświętszej Marii Panny Królowej Aniołów przy ulicy Dominikańskiej 1 - Msza św. za członków internetowej grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których się oni modlą. Zapraszamy!
10 listopada (sobota) o godz. 9.00 w Sandomierzu w kościele św. Jakuba, który jest podwójnym sanktuarium – Błog. Sadoka i 48 Sandomierskich Męczenników Dominikańskich oraz Matki Bożej Różańcowej przy ulicy Staromiejskiej 3 - Msza św. za członków internetowej grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których się oni modlą. Po Mszy św. - Koronka do Miłosierdzia Bożego. Będzie można również słuchać audio transmisję tej Mszy św. na żywo. Zapraszamy!
Archiwum wydarzeń: transmisje
 


Intencje mszalne  




Kliknij by przejść do strony z wyborem banerów

Chcesz zalinkować stronę ModlitwaRazem.pl?
Użyj banera!






Jacek Salij OP

Bezradność pokonana i święta bezradność


Obie uwagi dotyczą bezradności jako nieumiejętności wyjścia z trudnej sytuacji. Słowem, nie interesuje mnie tu nieumiejętność poradzenia sobie z trudnym zadaniem. Jeżeli wyjście na komin fabryczny, albo upragniona wycieczka do Chin, albo zrobienie doktoratu przekracza moje możliwości, to mogę zrezygnować z doprowadzenia tych marzeń do skutku. Nie mogę jednak odsunąć od siebie trudnej sytuacji, bo ja po prostu w niej jestem, jeżeli nie mam czym nakarmić moich dzieci albo jeżeli podczas mojej pierwszej w życiu podróży samolotem, i nie znając żadnego obcego języka, zagubiłem się na lotnisku w Amsterdamie.

Potęga nadziei

Wydaje się, że przepaść dzieli bezradność trzymającą się nadziei nawet wbrew nadziei, od bezradności, która wszelką nadzieję utraciła. Spróbuję to pokazać za pomocą pysznej opowieści, jaką kiedyś usłyszałem nie pamiętam już od kogo:

Oddział został otoczony przez Niemców, nastroje wśród żołnierzy były takie, że poddanie się nie wchodziło w grę. Młody porucznik zwrócił się wtedy do swoich podkomendnych: „Niestety, niczego tu nie wymyślimy, musimy wszyscy umrzeć”. Na to odezwał się któryś ze starszych od niego żołnierzy: „Wprawdzie pan porucznik podpowiada nam najprostsze wyjście z naszego beznadziejnego położenia, ja jednak radziłbym szukać jakiegoś wyjścia bardziej skomplikowanego”. Sam fakt, że wydarzenie to zostało później opisane, świadczy o tym, że to bardziej skomplikowane wyjście jednak się znalazło.

Nadzieja może być potężną siłą nawet już na poziomie przedduchowym. Przywołam tutaj okrutne doświadczenia nad nadzieją u szczurów. Wrzucono do wody dwie grupy szczurów – takie, które miały już za sobą doświadczenie tonięcia, ale którym w ostatnim momencie podłożono ratującą ich przed zatonięciem deskę, oraz takie, które nie miały za sobą takiego przeżycia. Okazało się, że te pierwsze broniły swego życia osiem razy dłużej, niż te drugie! Jeżeli czas uznać tu za miarę woli uratowania się, te pierwsze miały jej 800% więcej niż te drugie!

Wydaje się, że w społeczeństwie ludzkim częściej bywa odwrotnie niż w opisanym doświadczeniu: szczury wyuczyły się nadziei i zaradności, wśród ludzi rozpowszechniona jest postawa wyuczonej bezradności. Niejednemu mężczyźnie bezradność w sprawach kulinarnych po prostu opłaca się, podobnie jak niejednej kobiecie – bezradność w sprawach technicznych. Bezradność wyuczona bywa niezamierzonym, ubocznym skutkiem działalności charytatywnej czy polityki państwa wobec problemu bezrobocia. Jedno wydaje się pewne: Bezradność nawet wybrana nieświadomie bardzo obniża szansę na podjęcie tego rodzaju aktywności, która znajduje w końcu wyjście nawet w sytuacjach pozornie bez wyjścia.

To jeszcze warto podkreślić, że czymś innym jest próba przerzucania na innych, lub na społeczeństwo, zadań, które w trudnej sytuacji powinienem podjąć sam, czym innym zaś nadawanie sygnałów o pomoc w przekraczającej mnie trudnej czy nawet katastrofalnej sytuacji. Nie ma nic niewłaściwego w uzasadnionym nadawaniu sygnałów S.O.S. Wręcz przeciwnie, możliwość nadawania takich sygnałów, a zwłaszcza przychodzący w ślad za nimi ratunek, potwierdza tę nie zawsze dla nas oczywistą prawdę, że mimo różnych podziałów i antagonizmów jesteśmy, jako ludzkość, jedną rodziną.

Coś ważniejszego niż działanie

Drugie spostrzeżenie, jakie chciałbym tu przedstawić, wydaje się nie mniej ważne: Bezradność nie musi i nie powinna być naszym ostatecznym horyzontem – nawet w sytuacjach, kiedy mogłoby się wydawać, że umiem na nie odpowiedzieć już tylko moją bezradnością.

Są sytuacje obiektywnie bez wyjścia i nasza nieusuwalna bezradność stanowi ich integralną część. Jeżeli urodzi mi się dziecko z umysłowym upośledzeniem, albo utraciłem w wypadku prawą rękę, albo mnie i moje dzieci miażdży błędne koło „niewykształcony, bo biedny, a biedny, bo niewykształcony” – coś tam, czasem nawet dość dużo, da się za cenę wielkiego wysiłku i dzięki ludzkiej życzliwości uratować, jednak ostatecznie muszę pogodzić się z tym, że mogę tu niewiele.

Niezwykle ważną rzecz ludziom, na których spadła taka nieusuwalna do końca bezradność, ma do powiedzenia Ewangelia. Może opowiem najpierw, jak praktycznie próbuję o tym rozmawiać, a dopiero potem zaproponuję jakieś spojrzenie teoretyczne.

Otóż przyszedł do mnie kiedyś stary nauczyciel z problemem następującym: Życie spędził raczej pięknie. Był, jak mu się wydaje, nauczycielem utalentowanym i solidnym. Starał się dać swoim uczniom jak najwięcej i chyba rzeczywiście dał im wiele. Ale teraz jest na emeryturze. Ma poczucie, że jego życie straciło sens i przemieniło się w codzienne, praktycznie beznadziejne zmaganie się z kolejnymi chorobami i narastającym niedołęstwem.

Pamiętam, że zdjąłem wtedy z ściany krucyfiks i powiedziałem mu mniej więcej tak: „Proszę popatrzeć na te przybite do krzyża ręce. Pan Jezus tymi rękoma uczynił bardzo wiele dobra: otwierał nimi oczy niewidomych i uszy głuchych, dotykał trędowatych i ci doznawali oczyszczenia, tymi rękoma rozdawał tysiącom ludzi chleb i błogosławił dzieci. Przybito Mu te ręce, ażeby już nic dobrego nie mógł nimi uczynić. Tymczasem On – tymi swoimi przygwożdżonymi do krzyża rękoma – wykonał wtedy największe dobro, jakie w ogóle w ludzkiej historii zostało kiedykolwiek spełnione. On tymi swoimi rękoma objął wtedy nas wszystkich, ludzi wszystkich krajów i pokoleń, i dokonał naszego odkupienia”.

I mówiłem dalej temu staremu nauczycielowi: „Niech Pan często dziękuje Bogu za to wszystko dobro, jakie mógł Pan w swoim życiu uczynić. Jednak to bardzo możliwe, że obecny okres Pańskiego życia jest jeszcze ważniejszy niż lata poprzednie. Wprawdzie to, że możemy czynić dobro, jest wielkim darem Bożym. Dlatego, jeżeli to możliwe, starajmy się czynić dobra jak najwięcej. Jednak są w naszym życiu rzeczy ważniejsze jeszcze niż czynienie dobra. Tym czymś ważniejszym jest mądrze i cierpliwie znosić zło, jakiego nie da się uniknąć”.

Na jakiej podstawie wolno twierdzić, że mądre znoszenie zła, wobec którego fizycznie jestem bezradny, może być czymś bardziej wartościowym, niż czynienie nawet wielkiego dobra? Otóż jest to konsekwencja tego, że jesteśmy osobami, osoby zaś nie da się zredukować ani do strumienia świadomości, jaki w sobie rozpoznajemy, ani do działań, jakie podejmujemy. Nawet jeżeli ktoś ma możliwość czynienia jakiegoś wielkiego dobra – choćby to było dobro na miarę Sokratesa, Pasteura czy matki Teresy z Kalkuty – to sens jego życia jest większy od tego dobra.

Z czynieniem dobra i mądrym znoszeniem nie dającego się uniknąć zła jest jakoś tak: Kiedy czynimy dobro, to można powiedzieć, że dobre (ufajmy, że dobre) drzewo przynosi dobre owoce. Kiedy natomiast staram się mądrze ustawić wobec zła, od którego nie da się uciec (mądrze, tzn. w taki sposób, żeby wyjść z tego doświadczenia raczej mocniejszym niż połamanym i rozgoryczonym), wykonuję wówczas ważną pracę nad samym sobą, a mówiąc innym językiem – siebie samego staram się przemienić w ofiarę miłą Bogu.

Powyższe spostrzeżenie dodatkowo potwierdza ewangeliczna opowieść o ubogiej wdowie. Ta wdowa prawie nic nie miała do ofiarowania; kiedy jednak ofiarowała to swoje prawie nic, okazało się, że ofiarowała więcej niż bogacze. Bo ofiarowała poniekąd samą siebie.

Stąd wolno się domyślać, że istnieje również taka bezradność, która obiektywnie znaczy więcej niż pełna aktywności i sukcesów zaradność. Bezradność polegająca na wypełnianiu słów Pana Jezusa: "Jeśli się nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego". Święta bezradność przemieniająca człowieka w dziecko, we wszystkim zdające się na Boga, pełne zawierzenia się Bogu.