"Gdyż tam, gdzie dwaj lub trzej zbierają się w moje imię, jestem pośród nich".
 
Mt 18, 20  

Jezu Ufam Tobie



Wydarzenia  


1 lutego (piątek) o godz. 18.00 w Korbielowie w kościele Ojców Dominikanów pw. Najświętszej Marii Panny Królowej Aniołów przy ulicy Dominikańskiej 1 - Msza św. za członków internetowej grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których się oni modlą. Przed Mszą św. o godz. 17.30 - Koronka do Miłosierdzia Bożego. Zapraszamy!
12 stycznia (sobota) o godz. 9.00 w Sandomierzu w kościele św. Jakuba, który jest podwójnym sanktuarium – Błog. Sadoka i 48 Sandomierskich Męczenników Dominikańskich oraz Matki Bożej Różańcowej przy ulicy Staromiejskiej 3 - Msza św. za członków internetowej grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których się oni modlą. Po Mszy św. - Koronka do Miłosierdzia Bożego. Będzie można również słuchać audio transmisję tej Mszy św. na żywo. Zapraszamy!
Archiwum wydarzeń: transmisje
 


Intencje mszalne  




Kliknij by przejść do strony z wyborem banerów

Chcesz zalinkować stronę ModlitwaRazem.pl?
Użyj banera!






Jacek Salij OP

Wszystkie nasze czyny zostaną ujawnione


Pamiętam przerażenie, jakiego doznałem (dawno już temu, jeszcze, kiedy chodziłem na naukę religii), kiedy ksiądz powiedział, że na Sądzie Ostatecznym ujawnione zostaną wszystkie nasze czyny, dobre i złe. Zastanawiam się nad tym, czy Pismo Święte upoważnia do takiego twierdzenia. Bo jeśli tak, to mam problem: jest chyba coś nieludzkiego w takim ujawnieniu tego wszystkiego, co zwykliśmy ukrywać wstydliwie nawet przed najbliższymi. Nawet wrogom mógłby Pan Bóg oszczędzić takiego poniżenia, a cóż dopiero tym, którzy ostatecznie znaleźli się wśród Jego przyjaciół!

Dobrze jest nasze sprawy przyszłe, pozaziemskie, starać się zobaczyć, jako uwieńczenie tych procesów duchowych, jakie dokonują się w nas obecnie. Bo przecież zarówno niebo, jak piekło zaczynają się już teraz: w tym sensie, że już teraz zaczyna się nasza bliskość z Bogiem i nasze otwarcie na sens ostateczny; i niestety już teraz zaczyna się w człowieku duchowe spustoszenie. Tam, po przekroczeniu granic śmierci, ostateczne ukierunkowanie człowieka odsłoni się w całej pełni, w stopniu dla nas obecnie niewyobrażalnym.

Otóż zauważmy, że już teraz dokonuje się jakieś ujawnianie dobra i zła, jakie jest w człowieku. Przypatrzmy się uważnie temu zjawisku, bo rzuca ono jakiś nowy promień na tajemnicę człowieka.

Dlaczego dobro i zło często unika ludzkich oczu i szuka ukrycia? Sądzę, że różne przyczyny są tu powodem podobnego zachowania. Dobro nie lubi wystawiać się na widok publiczny, żeby nie stracić swojej prawdziwości: wszak wtedy jest ono prawdziwym dobrem, kiedy czyni się je ze względu na nie samo, a nie z jakichś innych względów, na przykład po to, żeby je ludzie widzieli. Człowiekowi, czyniącemu dobro, wystarczy, że widzi je Ojciec wszechobecny. Proszę zauważyć, że zupełnie czym innym jest czynić dobro po to, żeby je ludzie widzieli, niż po to, żeby je widział Ojciec niebieski. Bo jeśli sam Ojciec niebieski widzi jakiś mój czyn jako dobry, to jest on niewątpliwie dobry. Wyobraźmy sobie, że ziarno pszeniczne chciałoby się pochwalić przed ludźmi, jak pięknie kiełkuje: musiałoby wyjść z ziemi na światło słoneczne i uschłoby; czy nie powinno raczej pozostać w ziemi, gdzie Ojciec niebieski nie tylko widzi jego szczęśliwy rozwój, ale i wzrostu użycza?

Zło ukrywa się z zupełnie innych powodów. Człowiek musiałby zniszczyć w sobie wszczepiony przez Stwórcę szacunek dla dobra, aby czynić zło jawnie i bez skrępowania: jest to możliwe dopiero przy głębokim stopniu zwyrodnienia. Zwykle zło szuka dla siebie kryjówki. Na przykład, żeby „radować się, pożerając w ukryciu biedaka” (Ha 3,14) – bo niewielu miałoby odwagę czynić to otwarcie i na oczach przyjaciół. Jest to oczywiście krótkowzroczne, bo przecież nikt nie ukryje się przed Bogiem: „Nie ma ciemności ani mroku, gdzie by się schował nieprawy” (Hi 34,22). Cóż z tego, że cudzołożnikowi uda się ukryć swój grzech przed ludźmi? Mędrzec powiada: „tylko oczy ludzkie są postrachem dla niego, a zapomina, że oczy Pana, nad słońce dziesięć tysięcy razy jaśniejsze, patrzą na wszystkie drogi człowieka i widzą zakątki najbardziej zakryte” (Syr 23,19).

Jednak zarówno dobro, jak zło tylko od czasu do czasu pozostają w ukryciu. Z kiełkującego w głębi ziemi ziarna dość szybko wyjdzie na światło dzienne młoda pszenica, która za jakiś czas wyda owoc trzydziesto–, sześćdziesięcio– lub stokrotny. Podobnie rak, zżerający mi bez mojej wiedzy żołądek lub wątrobę, prędzej czy później (raczej niestety prędzej niż później) się ujawni. Postawmy sobie proste pytanie: Co jest powodem, że czynione przeze mnie dobro i zło jakby ze mnie emanuje, ma tendencję do ujawniania się?

To jest chyba tak: Dobro i zło, które czynię, stają się jakby cząstką mnie samego. Czyniąc dobro, zbliżam się do swojej duchowej dojrzałości; czynione przeze mnie zło dokonuje w mojej duszy jakiegoś zniszczenia. Zatem ani dobro, ani zło nie są tak jak świergot ptaka, świergot, który przestaje istnieć w momencie, gdy ptak zamknął swój dzióbek. Nasze czyny pozostawiają w nas coś, co już na zawsze tam pozostanie. To „coś” przenika nasze przyzwyczajenia, mowę, nasze oczy i twarz; grafolodzy twierdzą, że nawet charakter pisma. To nie przypadek, że rozpustnik nie ma twarzy przeduchowionej, a z oczu człowieka, który często okazywał innym życzliwość, bije jakieś ciepło.

Rzecz jasna, nikomu nie wolno sądzić człowieka na podstawie jego wyglądu. Ojciec Beyzym, prawdziwy bohater miłosierdzia, który poświęcił się bez reszty trędowatym, był bardziej podobny do rzezimieszka niż do świętego: ale każdy jego dzień promieniował świętością. Nie warto też wpadać w samouwielbienie, jeśli patrząc w lustro, wydaje mi się, że spostrzegam tam twarz raczej szlachetną. Życie dostarcza mnóstwa dowodów, że szacowny wygląd miewają również – za przeproszeniem – śmierdzący egoiści, zaś siwe włosy nie muszą być gwarancją szlachetnego postępowania.

A jednak coś w tym jest: Dobro i zło nie jest szczelnie zamknięte w duszach, jakoś z nas promieniują. To nie przypadkiem jedni ludzie cieszą się opinią przystępnych i uczynnych, a do drugich trudno zwrócić się z prośbą o przysługę nawet w wielkiej biedzie. Również nie da się bez końca zwodzić ludzi swoją powierzchowną życzliwością, która znika w momencie, kiedy zaczyna cokolwiek kosztować. I prędzej czy później odkryją ludzie gołębie serce, schowane pod pozorami surowości i nieprzystępności. I przeważnie tak się dzieje, że ucho przy dzbanie krętacza w pewnym momencie się urywa, zaś oliwa sprawiedliwości wypływa na wierzch. Krótko mówiąc, już na tej ziemi prawda o człowieku jakoś się odsłania.

Wyposażeni w intuicyjne rozeznanie, na czym polega to odsłanianie się prawdy o człowieku, spójrzmy na teksty biblijne, zapowiadające całkowite rozświetlenie człowieka na Sądzie Ostatecznym. „Przeto – poucza św. Paweł – nie wydawajcie sądów aż do czasu, gdy przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co w ciemnościach ukryte, i ujawni zamiary serc” (1 Kor 4,5). „Bo nie ma nic tajemnego – czytamy w Ewangelii – co by ujawnione być nie miało, i nic nie jest tak ukryte, co by nie miało wyjść na jaw” (Mk 4,22). W Apokalipsie wyrażono to obrazem czytania księgi, jaką człowiek zapisał w ciągu swego życia: „I ujrzałem zmarłych, wielkich i małych, a księgi zostały otwarte. Potem otwarto inną księgę, w której zawarte jest życie każdego. I osądzono zmarłych według ich czynów stosownie do tego, co w księgach owych było napisane” (20,12). Bardziej jeszcze przemawiający jest obraz światła i ognia w Pierwszym Liście do Koryntian: „Jawne stanie się dzieło każdego: odsłoni je dzień Pański. Okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest” (3,13).

Nie trzeba sobie wyobrażać Pana Boga na sposób człowieka, który zewnętrzną decyzją ujawnia publiczne tajemnice ludzkiej osoby. Zapowiedź ujawnienia najgłębszych tajników serca należy rozumieć raczej następująco: Taka już jest natura ludzka, że w miarę naszego utrwalania się w dobru lub w złu odsłania się prawda o naszym wnętrzu, w momencie utrwalenia się ostatecznego (przekracza to oczywiście naszą wyobraźnię) zewnętrze człowieka utożsami się niejako z wnętrzem, każdy ujawni się w całej swojej prawdzie.

„Jak to – zawoła ktoś z przerażeniem – wszystko będzie na wierzchu? Cali będziemy jakby ze szkła? Żadnej tajemnicy dla siebie? Toż to nieludzkie!” Ale przypomnijmy sobie, że zostaliśmy stworzeni do miłości. W miłości nie krępujemy się przecież otworzyć przed drugim naszych tajemnic, również tych, które świadczą o naszej słabości i których się zwykle wstydzimy. Miłość bowiem akceptuje w ukochanym wszystko, co jest godne istnienia, ale pomaga również przezwyciężyć to, co niedobre, uzdrowić to, co chore, naprawić to, co wypaczone. Otóż zbawienie polega na tym, że człowiek będzie bez reszty przeniknięty miłością Bożą: sam będzie cały i bez reszty wart miłości i będzie kochał wszystkich i wszystko, co jest warte miłości. Znikną więc powody, dla których cenimy sobie wysoko możność zachowania w ukryciu różnych prywatnych naszych spraw. Nawet zła, którego dawniej dopuściliśmy się, nie będziemy się wówczas wstydzić, bo przecież zostało ono przezwyciężone. Zło odpokutowane, wybaczone i zastąpione jeszcze większym dobrem, nie jest już przedmiotem wstydu, bo pamięć o nim cała jest przepojona radością i wysławianiem miłosierdzia Boga, który nie dopuścił do naszej zguby.

Że zaś sytuacja potępionych będzie radykalnie nieludzka, to jest niestety prawda. Nieludzkie jest już samo czynienie zła, jeszcze bardziej nieludzkie – trwanie w nim, a najbardziej nieludzka jest sytuacja człowieka nieodwracalnie odczłowieczonego. Wszystko, co utraciło swoją naturalną celowość, budzi w nas nieswoje uczucia: wykolejony pociąg, dom, w którym nikt nie mieszka, zboże, które z czyjejś winy zbutwiało. A cóż dopiero, jeśli utraci ją człowiek, którego cały sens zawiera się w miłości! Całym swoim bytem świadczy o tym, że do miłości został stworzony, a zarazem całym sobą jest na miłość zamknięty.

Tylko dlaczego winą za nieludzki charakter tej sytuacji obarczać Pana Boga? Czego my właściwie chcemy? Czy chcemy, żeby stworzonych do wolności czynił wolnymi wbrew ich woli? Albo żeby stworzonych do miłości uczynił niestworzonymi do miłości, jeśli oni zdolność do kochania w sobie zniszczą? Sami zobaczmy, że nasze pretensje do Pana Boga są nie tylko nielogiczne, ale i nieludzkie: chcielibyśmy, żeby Pan Bóg traktował nas raczej jako przedmioty niż jako osoby. Przecież osobą nie da się być na próbę, toteż On stworzył nas osobami naprawdę, nie dla zabawy!

Otóż istota stworzona do miłości nosi w sobie między innymi naturalne ukierunkowanie do całkowitego odsłonięcia się na zewnątrz. Już obecnie – mówiliśmy o tym wyżej – jest ono transcendentne wobec naszych decyzji odsłonięcia się. Słusznie też budzi w nas zgrozę los potępionych, choćby koszmar wstydu z powodu ujawnienia się ich zła w całej swojej nagiej brzydocie. Ale jedynie logicznym wnioskiem, jaki stąd można wyciągnąć, jest wzmocnienie swoich postanowień życia prawdziwie człowieczego. I wzmacnianie podobnych postanowień u innych.

Jeszcze jeden tekst biblijny chciałbym przypomnieć. W świetle powyższych wyjaśnień łatwiej nam będzie – sądzę – nie zwracać głównej uwagi na zawarte w nim antropomorficzne ujęcie działań Bożych:

Nie bądź obłudnikiem wobec ludzi
i zwróć uwagę na swoje wargi.
Nie wywyższaj siebie, abyś nie upadł
i nie sprowadził hańby na swoją duszę.
Pan odkryje wszystkie twe tajniki
i pośród zgromadzenia cię poniży,
dlatego że nie przystąpiłeś do bojaźni Pańskiej,
a serce twe jest pełne zdrady (Syr 1,29n).

Trudno nie słyszeć w tych słowach żarliwej przestrogi: porzuć zło! wyrywaj z siebie grzech aż do ostatnich jego korzeni!

Gdyby głębiej pomyśleć nad zasygnalizowaną wyżej metafizyką odsłaniania się osoby, zapewne nasunęłyby się nam jeszcze niebanalne spostrzeżenia na temat metafizycznego wręcz sensu wyznania grzechów.