"Gdyż tam, gdzie dwaj lub trzej zbierają się w moje imię, jestem pośród nich".
 
Mt 18, 20  

Jezu Ufam Tobie



Wydarzenia  


Uprzejmie informujemy, że za żywych i zmarłych członków grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których grupa się modli, pewna osoba z grupy złożyła ofiarę i zamówiła Msze św., która zostanie odprawiona 2 października (pierwszy piątek miesiąca) o godz. 18.00 w Korbielowie w kościele Ojców Dominikanów pw. Najświętszej Marii Panny Królowej Aniołów przy ulicy Dominikańskiej 1. Serdecznie dziękujemy osobie, która złożyła ofiarę i zamówiła tą Mszę św. sprawiając niezmiernie cenny dar dla nas wszystkich i tych, w których intencjach modlimy się.
Uprzejmie informujemy, że w intencjach grupy modlitewnej, pewna osoba z naszej grupy złożyła ofiarę i zamówiła Msze św., która zostanie odprawiona, w drugą sobotę miesiąca, 12 września o godz. 9.00. Msza św. odbędzie się w Sandomierzu w kościele św. Jakuba, który jest podwójnym sanktuarium – Błog. Sadoka i 48 Sandomierskich Męczenników Dominikańskich oraz Matki Bożej Różańcowej przy ulicy Staromiejskiej 3. Po Mszy zostanie zmówiona Koronka do Miłosierdzia Bożego. Kto nie będzie na tej Mszy, w celu dostąpienia większych łask Bożych, może uczestniczyć we Mszy w innym miejscu bądź łączysz się z Ofiarą Mszy św. duchowo. Serdecznie dziękujemy osobie, która zamówiła tą Mszę św. sprawiając niezmiernie cenny dar dla żywych i zmarłych członków grupy i tych, w których intencjach modlimy się. Również informujemy, że na naszej stronie Internetowej będzie można uczestniczyć w audio transmisji tej Mszy św. na żywo. Serdecznie dziękujemy osobie, która zamówiła tą Mszę św. sprawiając niezmiernie cenny dar dla żywych i zmarłych członków grupy i tych, w których intencjach modlimy się.
Archiwum wydarzeń: transmisje
 


Zamów intencje mszalne  




Kliknij by przejść do strony z wyborem banerów

Chcesz zalinkować stronę ModlitwaRazem.pl?
Użyj banera!






Jacek Salij OP

Propagowanie eutanazji


Bardzo dziwne to były rekolekcje, jakie głosiłem w obozie internowanych w Jaworzu koło Drawska w Niedzielę Palmową i Wielki Poniedziałek 1982 roku. Więziono tam intelektualną elitę „Solidarności”, wśród internowanych sporo było osób niewierzących, a jeszcze więcej niepraktykujących. Na rekolekcje chodzili jednak wszyscy. Jeden tylko Roman Zimand ani razu nie przekroczył progu świetlicy, w tych dniach zamienionej na kaplicę. Ponieważ się znaliśmy i szanowali, zaprosił mnie wtedy na herbatę, a trzeba wiedzieć, że w jej sporządzaniu był mistrzem nad mistrze.

Tak się złożyło, że właśnie jemu zawdzięczam pierwsze informacje na temat eutanazji w Holandii. Zimand opublikował nawet w „Tygodniku Powszechnym” z 22 stycznia 1989 r. artykuł na ten temat. Napisał go z pozycji człowieka niewierzącego i gruntownie neutralnego wobec chrześcijaństwa.

Główny powód, który kazał mu zareagować na jakiś ówczesny głos wychwalający eutanazję, sformułował następująco: „Kultura, w której ramach lekarzowi wolno by było zarówno leczyć, jak i zabijać, musiałaby być fundamentalnie różna od tej, w której żyjemy od czasów, powiedzmy, Hipokratesa i którą umownie nazywamy europejską. Rzecz w tym, iż proponowana przez zwolenników eutanazji zmiana roli lekarza, nie byłaby wyjęciem z gmachu przypadkowej cegły i zastąpieniem jej przez inną, lecz r o z w a l e n i e m całości, zastąpieniem jej przez inną, bliżej nam nieznaną kulturę. Ryzyko, iż ta inna kultura byłaby nie tylko inna, ale gorsza, jest tak wielkie, że nie wolno go podejmować. (Moim zdaniem – wciąż cytuję Zimanda – nie jest to ryzyko lecz pewność, ale bądźmy ostrożni w sformułowaniach). To nie żart: w ramach tej nowej kultury nie sposób uzasadnić, dlaczego lekarzowi (pielęgniarce, farmaceucie) wolno zabić chorego na stwardnienie rozsiane, a nie wolno pozbawić życia kogoś cierpiącego na dokuczliwy świąd pochodzenia alergicznego”.

Nie będę tu powtarzał podanych w artykule faktów, jakie pojawiły się w szpitalnictwie holenderskim, odkąd dopuszczono tam stosowanie eutanazji. Autor podaje je za dwiema książkami, jakie na ten temat napisał doktor Ryszard Fenigsen. Ograniczę się tylko do przytoczenia „męskiej” odpowiedzi Zimanda na argument, że eutanazja zapewnia komfort umierania: „Domaganie się śmierci ma sens jedynie w ramach skrajnie hedonistycznej wizji człowieka. (...) Wielu ludzi, w tym piszący te słowa, uważa hedonizm za światopogląd głupi, szkodliwy i wyraźnie antyhumanistyczny”.

Osobiście najwięcej na temat eutanazji zrozumiałem w ciągu trzech minut, jakie się zdarzyły w kwietniu 1981 roku. Było to w Akademii Medycznej w Bydgoszczy, podczas sympozjum poświęconego chorym w stanach terminalnych. Na sali panowała atmosfera bezwzględnego szacunku dla życia ludzkiego. Podczas dyskusji jedna z pielęgniarek, nie próbując zresztą zmieniać tej atmosfery, zwróciła uwagę na to, że przecież od czasu do czasu jakiś chory prosi o taką pigułkę lub zastrzyk, po którym „człowiek już się nie obudzi”. Pytanie to podjęła wówczas Halina Bortnowska, powołując się na swoją kilkuletnią pracę w krakowskim hospicjum.

Owszem – powiedziała – do niej również pacjenci zwracają się czasem z taką prośbą. Odruchowo pyta wówczas: „A co się znowu stało?” Okazuje się, że praktycznie zawsze za taką prośbą kryje się jakieś konkretne wydarzenie: albo chorego bardzo upokorzyło to, że narobił pod siebie, albo poczuł się szczególnie samotny i niepotrzebny podczas udręki ostatniej nocy, albo wreszcie żona dała mu do zrozumienia, że ma już dość jego choroby. Zatem byłoby zwyczajnym doktrynerstwem mówić w takiej chwili człowiekowi cierpiącemu o zasadach moralnych czy świętości życia. Wystarczy po prostu otoczyć go większą troską, przekonać go tym, że jest bardzo kochany i więcej uwagi zwracać na uszanowanie jego człowieczej godności. „Nie zdarzyło mi się jeszcze – powiedziała Bortnowska –żeby takie 'argumenty' okazały się nieskuteczne”.

Zrozumiałem wówczas, że eutanazja jest rozwiązaniem proponowanym przez świat, który utracił wiarę w sens (albo i w samą możliwość) prawdziwej miłości. Świat ten uwierzył za to we wszechmoc techniki: że nie ma takiego ludzkiego problemu, którego nie dałoby się rozwiązać za pomocą techniki!

W tym miejscu warto może przypomnieć dzieje wybitnej przedwojennej aktorki Stanisławy Umińskiej, która na kilka dni przed przewidywanym zgonem uśmierciła swego narzeczonego, nie mogąc już dłużej patrzeć na jego cierpienia. Historię tę opisuje Krystyna Kolińska w ostatnim rozdziale swojej książki pt. Damy czarne i białe. Zarówno opinia publiczna, jak sąd francuski –tragedia wydarzyła się bowiem w Paryżu – otoczyli Umińską wielkim szacunkiem, starając się wczuć w jej osobisty dramat. Nawet matka zabitego, „dla której syn był wszystkim, z własnego odruchu serca, napisała list do francuskiego obrońcy, list pełen miłości, czułości 'dla biednej, nieszczęśliwej Stasi', swej przyszłej synowej”.

Również prokurator nie domagał się kary. Prosił tylko sąd oraz opinię publiczną, aby sentymenty nie zagłuszyły podstawowej naszej wiedzy o tym, że takie czyny są niedozwolone. „Dzień dzisiejszy – mówił – jest tym dniem, w którym nieugięte prawo musi ustąpić przed miłością i współczuciem. Lecz jeśli wyjdzie stąd wolna, niech jej nie towarzyszą świętokradcze oklaski. Pozwólcie jej oddalić się w skupieniu, w ciszy i … być może z wyrzutami sumienia”.

Słowa prokuratora okazały się prorocze. Umińska, która nie miała wątpliwości moralnych w chwili popełnienia czynu, nie umiała go usprawiedliwić, kiedy to już się stało. Już nigdy nie wróciła na scenę, całkowicie zniknęła ze swojego dotychczasowego środowiska. Chodziły tylko plotki, że została zakonnicą.

W wiele lat później Krystynie Kolińskiej udało się ją odnaleźć. Rzeczywiście została zakonnicą. W chwili spotkania z autorką Dam czarnych i białych miała za sobą kilkadziesiąt lat pracy wśród zagubionych dziewcząt oraz wśród dzieci upośledzonych umysłowo.