"Gdyż tam, gdzie dwaj lub trzej zbierają się w moje imię, jestem pośród nich".
 
Mt 18, 20  

Jezu Ufam Tobie



Wydarzenia  


8 grudnia (sobota) o godz. 9.00 w Sandomierzu w kościele św. Jakuba, który jest podwójnym sanktuarium – Błog. Sadoka i 48 Sandomierskich Męczenników Dominikańskich oraz Matki Bożej Różańcowej przy ulicy Staromiejskiej 3 - Msza św. za członków internetowej grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których się oni modlą. Po Mszy św. - Koronka do Miłosierdzia Bożego. Będzie można również słuchać audio transmisję tej Mszy św. na żywo. Zapraszamy!
1 grudnia (sobota) o godz. 8.00 w Korbielowie w kościele Ojców Dominikanów pw. Najświętszej Marii Panny Królowej Aniołów przy ulicy Dominikańskiej 1 - Msza św. za członków internetowej grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których się oni modlą. Zapraszamy!
10 listopada (sobota) o godz. 9.00 w Sandomierzu w kościele św. Jakuba, który jest podwójnym sanktuarium – Błog. Sadoka i 48 Sandomierskich Męczenników Dominikańskich oraz Matki Bożej Różańcowej przy ulicy Staromiejskiej 3 - Msza św. za członków internetowej grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których się oni modlą. Po Mszy św. - Koronka do Miłosierdzia Bożego. Będzie można również słuchać audio transmisję tej Mszy św. na żywo. Zapraszamy!
Archiwum wydarzeń: transmisje
 


Intencje mszalne  




Kliknij by przejść do strony z wyborem banerów

Chcesz zalinkować stronę ModlitwaRazem.pl?
Użyj banera!






Jacek Salij OP

Solidarność z niewierzącymi rodziacami i przyjaciółmi


Jestem osobą z pogranicza wierzących i niewierzących. Wśród wierzących spotyka się przekonanie, że niewierzący nie mogą być zbawieni. O ile wiem, pogląd taki jest echem tego, co dawniej głoszono w Kościele. Dziś tego się nie głosi, ale chyba wyraźnie, poprzez negację wprost, temu się nie zaprzecza. Sprawa ta jest dla mnie bardzo ważna. Czy bowiem można się modlić i czy należy podtrzymywać swoją wiarę, nie trwając w takiej sytuacji zdecydowanie przy swoich niewierzących rodzicach? Czy można ich opuścić w nieszczęściu, w braku zbawienia? Czy można opuścić, zdradzić Janusza Korczaka i te wszystkie żydowskie dzieci z sierocińca, które prowadził on ulicami Warszawy z Getta na pewną śmierć? I tę małą Halinkę, która szła z nimi razem, odrzuciwszy ratunek? Czy jest w ogóle ważne, które z tych dzieci było wierzące, a które niewierzące, i jakiej było religii?

Czy można pogodzić przekonanie, że Bóg jest dobry, jeśli się sądzi, że Bóg mógłby odmówić zbawienia komukolwiek z idących w tym pochodzie? Przecież sama myśl, że Bóg ich nie uratował wówczas przed śmiercią, może wystarczyć, by uciec od wiary! Nie mogę wierzyć i modlić się, gdy myślę, że zdanie: „niewierzący (czy ludzie innej religii) nie mogą być zbawieni” jest prawdziwe. Jeśli tak jest, to nawracając się, opuściłam w nieszczęściu nie tylko rodziców i Żydów w getcie – ale i wszystkich moich niewierzących bliskich i wszystkich ludzi, którzy idą w pochodzie skazanych, pozbawionych zbawienia.

Wczytuję się uważnie w Pani list i zdecydowanie przyznaję Pani rację, że nie wolno sobie wyobrażać Boga na wzór jakiegoś monarchy czy polityka, który gromadzi sobie stronników i nikogo poza nimi nie dopuści do awantaży, płynących ze swojego zwycięstwa. Bóg Prawdziwy nie potrzebuje naszego poparcia, a Jego Kościół nie jest bynajmniej organizacją, skupiającą zwolenników, którzy – mimo że wielu ludzi Boga nie uznaje – opowiedzieli się po Jego stronie i należy im się za to szczególna nagroda.

Bóg Prawdziwy nie dzieli ludzi na swoich i obcych, kocha wszystkich ludzi i każdego bez wyjątku poszczególnego człowieka. „Miłujesz wszystkie stworzenia – czytamy w Księdze Mądrości (11,24) – niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, to byś tego nie stwarzał”. Toteż On „pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4). Udowodnił nam wystarczająco, jak bardzo tego pragnie: sam Jego Jednorodzony Syn przyszedł do nas, żeby nas ocalić! „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3,17).

Jezus Chrystus przyszedł do nas z całym szacunkiem dla naszej ludzkiej godności. Przyszedł nas ocalić od śmierci, ostatecznego bezsensu i nieszczęścia, ale nie ratuje nas w taki sposób, jak ratuje się rzeczy z płonącego domu. Jesteśmy bowiem osobami, nie rzeczami. On chce uratować nawet najgorszą prostytutkę i najbardziej nieuczciwego celnika, ale nikogo nie chce ratować wbrew jego woli. Stąd w Ewangelii tyle wezwań, abyśmy szukali Boga, nawracali się i otwierali na Jego moc. Stąd tyle radości w niebie z każdego grzesznika, który się nawraca (Łk 15, 7). Wielka to tajemnica jakby uzależnienia się Boga od człowieka, że – jak powiada św. Augustyn – Bóg stworzył nas bez nas, ale nie może zbawić nas bez nas.

I to sobie powiedzmy z całą mocą: Jeśli ktoś nie będzie zbawiony, to nie dlatego, że Bóg go potraktował jako obcego i poskąpił mu daru zbawienia, ale dlatego, że on sam nie chciał tego daru przyjąć. Wiedziano o tym już w Starym Testamencie: „Czyż zależy mi na śmierci występnego – wyrocznia Pana Boga – a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył? (...) Ja nie pragnę śmierci występnego, ale jedynie tego, aby występny zawrócił ze swej drogi i żył. Zawróćcie, zawróćcie ze swych złych dróg!” (Ez 18, 23; 33, 11)

Teraz postawmy pytanie, najbardziej chyba zasadnicze dla uporządkowania postawionego przez Panią problemu: Jeśli Bóg kocha każdego bez wyjątku człowieka, jeśli nie dzieli ludzi na swoich i obcych, to czym wobec tego jest Kościół i jakie jest jego znaczenie w naszej drodze do Boga? Otóż Kościół jest wspaniałym darem Bożym, dzięki któremu nasze spotkanie z Chrystusem Zbawcą może się dokonywać w wymiarze po części widzialnym i niewątpliwie autentycznie. Właśnie Kościołowi została przekazana Ewangelia, czyli Dobra Nowina o zbawieniu, właśnie pasterzom Kościoła obiecał Chrystus: „komu odpuścicie grzechy, są im odpuszczone” (J 20, 23); właśnie w Kościele możemy się spotkać z Chrystusem aż tak niewyobrażalnie blisko, jak to się dzieje w Komunii świętej.

Krótko mówiąc, Kościół – wspólnota wierzących w Chrystusa – cieszy się łaską Jego rzeczywistej, obdarzającej obecności. On jest z nami „po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28, 20) i dokonuje w nas dzieła zbawienia poprzez swoje słowo i sakramenty. W Dziejach Apostolskich Kościół wręcz został nazwany wspólnotą „tych, którzy mają dostąpić zbawienia” (2, 47).

Nic zatem dziwnego, że w miarę jak sami cenimy sobie duchowe dobra, jakie otrzymujemy w Kościele, chcielibyśmy zaprosić do Kościoła możliwie wszystkich ludzi. Tutaj przecież niewątpliwie i coraz więcej może nas ogarniać zbawcza moc i obecność Jezusa Chrystusa! Przecież On umarł za wszystkich ludzi bez wyjątku!

Oczywiście, On jest Bogiem Prawdziwym, zatem potrafi ogarniać skutecznie swoją zbawczą miłością wszystkich, których kocha. Kocha zaś wszystkich. Zatem potrafi doprowadzić do zbawienia również tych, którzy o Nim nie słyszeli albo nie zostali do wiary w Niego zaproszeni dostatecznie przekonująco, a nawet tych, którzy – jeśli tylko czynią to w dobrej woli – z Nim walczą.

Zarazem jednak nie jest tak, żeby przynależność do Kościoła była czymś drugorzędnym. Naprawdę wielka to szansa mieć dostęp do boskiej nauki Chrystusa i do Jego sakramentów! Tę nie dającą się przecenić ważność Kościoła w naszej drodze do zbawienia, a jednocześnie rzeczywistą powszechność zbawczej woli Bożej najkrócej wyraża formuła z Listu do Tymoteusza: Bóg żywy „jest Zbawcą wszystkich ludzi, zwłaszcza wierzących” (1 Tm 4, 10). Bylibyśmy bluźniercami, gdybyśmy twierdzili, że On jest Zbawcą „tylko wierzących”, ale okazalibyśmy się niewdzięcznikami, gdybyśmy bagatelizowali sobie tak wspaniały dar Boży, jakim jest Kościół, i nie umieli docenić tego, że jako wierzący mamy szczególnie szeroki dostęp do łaski Chrystusa. W rzeczywistości jest dokładnie właśnie tak: Bóg „jest Zbawcą wszystkich, a zwłaszcza wierzących”.

Rzecz tylko w tym, że my, wierzący, słowa te powinniśmy czytać w duchu wdzięczności i otwarciu się na wezwanie Boże, a nie w poczuciu samozadowolenia i pychy. Słysząc, że Bóg jest Zbawcą „zwłaszcza wierzących”, natychmiast powinienem sobie przypomnieć, że „nie każdy, który mi mówi: «Panie, Panie!», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7, 21). Co więcej, „sługa, który zna wolę swego pana i jej nie wypełnił, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma tylko małą chłostę” (Łk 12, 47n).

Zatem ten niewątpliwy przywilej, jakim jest moja przynależność do Kościoła, w żadnym razie nie powinien mnie pobudzać do wywyższania się nad innych ani nawet do porównywania się z innymi. Pytajmy raczej z niepokojem o samych siebie: Czy spełniamy wszystko to, co do nas należy? Całą zaś resztę zostawmy Panu Bogu. On z pewnością nikogo nie skrzywdzi. On z pewnością kocha wszystkich ludzi, również niewierzących. Powtarzam: Tylko ci nie dostąpią zbawienia, którzy sami nie chcą go przyjąć.

Ufam, że udało mi się jakoś wydobyć dynamikę, która jest zawarta w formule: Bóg „jest Zbawcą wszystkich, zwłaszcza naszych wierzących”. Jeśli Zbawcą zwłaszcza wierzących – to w miarę naszych możliwości przyczyniajmy się do tego, aby bliźnich przybliżać do wiary w Chrystusa. Jeśli zaś Zbawcą wszystkich – to z całą ufnością powierzajmy Mu los ostateczny naszych bliskich i przyjaciół, znajomych i nieznajomych, którzy w Niego nie wierzą.

Skąd się zatem wzięła ta niezgodna z Pismem Świętym interpretacja zasady „poza Kościołem nie ma zbawienia”, jakoby Pan Bóg nas dzielił na swoich i obcych, i jakoby wieczny los niewierzących z góry był przesądzony negatywnie? Źródła tego błędu są mniej więcej takie same jak każdej innej herezji; mianowicie pewne sformułowania biblijne odczytano w sposób cząstkowy, niezgodnie z całościowym przesłaniem Pisma Świętego.

Weźmy następującą, najbardziej twardą wypowiedź Pana Jezusa: „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16,16). Najprościej i najwygodniej wyciągnąć sobie z drugiej części tego zdania wniosek, że niewierzący nie będą zbawieni. Jednak wypowiedź ta – która jest przecież słowem Bożym! – traci wówczas całą moc pozytywną, jaka jest w niej zawarta. Co więcej, staje się – wskutek fałszywej interpretacji – nośnikiem błędnych wyobrażeń o Bogu, nie dających się pogodzić z tą prawdą, którą głosił o Bogu Pan Jezus.

A przecież słowa: „kto nie uwierzy, będzie potępiony” nie są zimną, obiektywną informacją, ale gorącym, egzystencjalnym wezwaniem. Wezwanie to skierowane jest zwłaszcza do tych ludzi, do których nowina o Jezusie Chrystusie dotarła w sposób skuteczny, ale jakieś względy czysto ludzkie przeszkadzają im wyciągnąć stąd wszystkie konsekwencje, tzn. przyjąć chrzest i podjąć życie wiary. Otóż ludziom tym trzeba zdecydowanie powiedzieć: „Kochany, tutaj naprawdę chodzi o rzecz absolutnie najważniejszą! Nie wolno ci przez swoją małoduszność ryzykować utraty życia wiecznego!”

Takiego rozumienia tych słów domaga się nauka św. Pawła, że przecież do niektórych ludzi orędzie o zbawieniu nie dotarło bez żadnej ich winy: „Jakże więc mają wzywać Tego, w którego nie uwierzyli? Jakże mają uwierzyć w Tego, którego nie słyszeli? Jakże mogą usłyszeć, gdy im nikt nie głosił?” (Rz 10, 14)

Zarazem jednak ostatni sobór, który – w Konstytucji dogmatycznej o Kościele (nr 14–16) – z taką szerokością ducha mówi o rozlewaniu się łaski Chrystusa na całą ludzkość, nie zawahał się powiedzieć następujących twardych słów: „Nie mogą być zbawieni ludzie, którzy wiedzą, że Bóg przez Jezusa Chrystusa założył Kościół katolicki jako konieczny [do zbawienia], a mimo to nie chcą do niego wejść albo nie chcą w nim wytrwać” (nr 14). Kościół bowiem zdradziłby słowo Boże, gdyby próbował z zażenowaniem przemilczeć słowa: „kto nie uwierzy, będzie potępiony”. Chodzi jednak o to, żeby odczytać je autentycznie, jako słowo miłości i wezwania.

Toteż wśród najbardziej autorytatywnych wypowiedzi Kościoła nie brak stwierdzeń, że Bóg kocha wszystkich ludzi, również niewierzących, że również niewierzących może i chce obdarzać i rzeczywiście obdarza swoją łaską, oraz że również niewierzących chce doprowadzić do zbawienia. „Kto sądzi – mówił św. Augustyn – że niemożliwe jest, aby jeden i prawdziwy Bóg był czczony poza Kościołem przez tych, którzy Go nie znają, niech się zastanowi nad tym, co odpowiedzieć nie mnie, ale Apostołowi, który mówił (Dz 17, 23): Głoszę wam Tego, którego czcicie nie znając” (O jedynym chrzcie 8).

Prawdę, że niewierzący mogą być zbawieni, zestawiano niekiedy z ostrzeżeniem, że nie wystarczy być członkiem Kościoła, aby dostąpić życia wiecznego. Nieoceniony św. Augustyn stwierdzał: „Jak wielu jeszcze tych, którzy nie są z nas, przebywa poniekąd wewnątrz Kościoła! I jak wielu tych, którzy są z nas, pozostaje poniekąd na zewnątrz!” (Objaśnienie Psalmu 106, 14)

Przytoczę jeszcze trzy wypowiedzi dawnych papieży na ten temat. Otóż w roku 1713 papież Klemens XI odrzucił jako błędne m.in. dwa następujące twierdzenia jansenisty Paschazjusza Quesnela: jakoby Bóg „udzielał swoich łask wyłącznie za pośrednictwem wiary”, oraz jakoby „poza Kościołem nie udzielał żadnych łask”. Praktycznie Klemens XI przeciwstawiał się w ten sposób twierdzeniom, jakoby Bóg dzielił ludzi na swoich i obcych i jakoby tylko nas, katolików, miał za swoich. Niewątpliwie papież bronił w ten sposób słowa Bożego, które wyraźnie stwierdza, że Bóg „jest Zbawcą wszystkich”.

Z kolei papież Pius IX, w swoim wystąpieniu z 9 grudnia 1854 roku, mówił: „Za pewne należy uważać, że ci, co są w nieznajomości prawdziwej religii, nieznajomości nie do przezwyciężenia, żadnej nie ponoszą winy z tego powodu w oczach Pana”. W stwierdzeniu tym słychać oczywiście echo przytoczonych już przeze mnie słów Listu do Rzymian (10, 14). Warto dodać, że Pius IX zabezpieczył się w swoim wystąpieniu przed zacieśniającą interpretacją, jakoby nieprzezwyciężalna nieznajomość wiary mogła się pojawić tylko wśród ludów, do których nie dotarła jeszcze Ewangelia. Subtelnie, ale jednoznacznie wypowiada się za interpretacją szerszą: „Lecz któż – wobec różnorodnej natury narodów, krajów, umysłów oraz wielu innych okoliczności – miałby tyle odwagi, by określić granice tej niezawinionej nieznajomości wiary?”

Szczególnie miarodajnym świadkiem wiary katolickiej w zakresie poruszonego przez Panią tematu jest papież Pius XII. Z jednej strony głosił on – zwłaszcza w swojej encyklice o Kościele – że zasadę „poza Kościołem nie ma zbawienia” należy rozumieć dosłownie, bez rozmiękczających interpretacji, które pozbawiłyby zawartego w niej sensu. Z drugiej strony bardzo zdecydowanie przywołał do porządku teologów amerykańskich, którzy – wbrew głównemu nurtowi tradycji katolickiej – ośmielali się głosić, jakoby zbawienie było zarezerwowane wyłącznie dla katolików. Kiedy zaś przywódca owych rygorystów, Leonard Feeney, nie podporządkował się kolejnym napomnieniom, że jego nauki nie da się pogodzić z wiarą katolicką, został ekskomunikowany. Było to w roku 1953, w niespełna cztery lata po głównej interwencji Stolicy Apostolskiej przeciw owym rygorystom.

Jaką prawdę dostrzegał Pius XII, jednoznaczny przeciwnik interpretacji rygorystycznej, w zasadzie „poza Kościołem nie ma zbawienia”, skoro bronił jej dosłowności? Otóż chodziło mu o to, żeby nie rozładowywać – ani w kierunku rygoryzmu, ani w kierunku indyferentyzmu – tego napięcia, jakie zawarte jest w biblijnym przekazie, że Bóg „jest Zbawcą wszystkich, a zwłaszcza wierzących”. Dlatego, wbrew rygorystom, Pius XII głosił expressis verbis, że niekatolicy, a nawet niechrześcijanie i niewierzący mogą być obiektywnie zwróceni ku Chrystusowi i należeć do Jego Mistycznego Ciała, nawet o tym nie wiedząc. Z drugiej strony papież ten podkreślał, że nie jest jednak rzeczą obojętną, czy ktoś należy widzialnie do Kościoła: przecież tym, którzy do Kościoła nie należą „brak tylu i tak wielkich pomocy nadprzyrodzonych, z których można korzystać tylko w Kościele katolickim”.

Ufam serdecznie, że ta samoświadomość Kościoła katolickiego nie kłóci się z Pani przekonaniami. Bardzo jednak chciałbym Pani podpowiedzieć, żeby nie zadowoliła się Pani konstatacją, iż autentyczna wiara nie może mnie oddzielać od moich niewierzących bliskich i przyjaciół. Przecież wolno Pani ufać, że Pani wiara promieniuje (choćby tylko niewidzialnie) jakimiś duchowymi dobrodziejstwami na Pani bliskich, zarówno żyjących, jak zmarłych. Apostoł Paweł mówił o tym wyraźnie: „Uświęca się mąż niewierzący dzięki swej żonie, podobnie jak świętość osiągnie niewierząca żona przez brata”, tzn. przez wierzącego męża (1 Kor 7, 14). W tym samym Liście do Koryntian znajduje się tajemnicza wzmianka o tym, że niektórzy chrześcijanie, wchodząc do Kościoła, czynili to w żywej łączności ze swoimi bliskimi zmarłymi, którym nie dane było znać Chrystusa (15, 29).

Nie wykluczałbym również duchowego promieniowania w kierunku odwrotnym. To przecież bardzo prawdopodobne, że swoje dojście do wiary w dużej mierze zawdzięcza Pani swoim niewierzącym rodzicom – temu, że byli oni tacy właśnie, jacy byli – wrażliwi na prawdę i sprawiedliwość, szanujący ludzką godność każdego człowieka, itd. Może właśnie oni dokonali w Pani duszy podstawowego przygotowania do wiary, które później pozwoliło Pani poznać Chrystusa jako Kogoś Żywego?

Przepraszam, że w ogóle nie podjąłem tak ważnego dla Pani wątku duchowej solidarności z tymi wszystkimi, którzy cierpieli i byli zabijani niewinnie. Ograniczę się tylko do zacytowania Psalmu 9:

Mściciel krwi pamięta o ubogich,
pamięta i nie zapomina ich wołania.

Niezwykle bogate treściowo hebrajskie słowo Goel zostało tu oddane jako „Mściciel krwi”, ale oznacza ono również najbliższego krewnego oraz wybawcę. Otóż trudna to pociecha, ale bardzo prawdziwa: sam Bóg jest Najbliższym Krewnym i Wybawcą wszystkich niewinnie prześladowanych, a zwłaszcza krzywdzonych dzieci i tych wszystkich, którzy nawet w prześladowaniu bardziej pamiętają o innych niż o sobie.